Submitted by Maciej Węgorkiewicz on wt., 07/18/2017 - 21:24

Tekst opublikowałem po raz pierwszy 10 maja 2015 roku. Podtrzymuję wszystko, co w nim napisałem.

Recenzję książki "Bogaty ojciec, biedny ojciec" chciałem napisać już wiele lat temu, gdy książkę tę wręczyła mi znajoma. Robert Kiyosaki i jego produkty to klasyczny przykład na którym można uczyć wdrażania najważniejszej porady jaką mam dla początkujących inwestorów:

"Uczcie się od tych którzy zajmują się inwestowaniem. Nie od tych którzy zajmują się uczeniem o inwestowaniu."

Wiele osób nie zna mojego stosunku do teorii promowanych przez Kiyosakiego, pozwolę sobie w tym miejscu wyrazić jasno i precyzyjnie po raz pierwszy: w dziedzinie na której się znam i którą się zajmuję, to jest analizy inwestycji i zarządzania aktywami, w tym finansami osobistymi, Robert Kiyosaki promuje błędne, czasem nawet szkodliwe teorie. Jest przykładem mentora który zajmuje się uczeniem, a nie inwestowaniem. Druga strona medalu to psychologiczne spojrzenie na człowieka i procesy gospodarcze na niego wpływające. Tutaj jestem mniej ostry w ocenie i wiele elementów uważam za słuszne i pożyteczne, w tym zobrazowanie ślepiej ścieżki "wyścigu szczurów".

W psychologii jednak ekspertem nie jestem i tutaj polecam przeczytać wzmiankę o Robercie przez takiego eksperta napisaną: Artur Król o Robercie Kiyosakim.

Mimo że dostrzegam dobrą treść w nauce "Bogatego ojca", to analiza "wyścigu szczurów" jest jednak bardzo powierzchowna. Jako ludzie mamy problemy ze zobrazowaniem samego siebie i robimy coś co Artur Król określa mianem "zakupu statusu". Wyścig szczurów to nie kończące się zamawianie statusu z obowiązkiem zapłaty, często odroczonej. Nie kończące się, bo statusu kupić się nie da. Sami siebie oszukujemy.

Stara szkoła a "rewolucja" Bogatego ojca
Guru od czarnych książeczek i drogich gier uważa że planiści finansowi generalnie nie rozumieją pieniądza. Dyskredytuje podejście polegające na zdobyciu edukacji, pracy dla obcego biznesu, inwestowaniu w dom w którym się mieszka, regularnym odkładaniu skromnych nadwyżek i dywersyfikacji w ich inwestowaniu. Głęboko się myli.

Dom w którym mieszkasz jest Twoim aktywem
Dla Kiyosakiego aktywem jest wszystko co "wkłada" gotówkę do kieszeni, a pasywem wszystko co ją "wyjmuje". Wszyscy wiedzą że taka definicja kłóci się z teorią rachunkowości, ale wyznawcy Bogatego ojca uważają że lepiej odzwierciedla rzeczywistość i wspomaga praktykę budowania niezależności.

Moja opinia jest przeciwna. To definicja księgowa lepiej pozwoli Wam oceniać rzeczywistość. Aktywem jest wszystko co ma wartość rynkową, niezależnie od tego czy generuje przepływ pieniądza, czy nie. Srebrne monety to aktywa, mimo że nie generują pieniędzy, a je pochłaniają (często nie dostrzegany koszt przechowania czy ubezpieczenia). Kiyosaki polecający srebrne monety przeczy sam sobie bo wg jego definicji są one pasywami.

Osoba dowiadująca się że jej własne mieszkanie jest pasywem i powinna inwestować w nieruchomości na wynajem, pozbędzie się swojego mieszkania a kupi inne dla obcego najemcy. W ten sposób pasywo zamieni na aktywo. To naturalnie nonsens - płacić 1000zł za wynajem i otrzymywać mniej niż 1000zł (podatek + koszty ryzyka) z aktywa.

Prześledźmy historię typowej nie zamożnej osoby która chce rozsądnie gospodarować swoimi środkami. Mieszka w Warszawie, zarabia 4000zł brutto, kupuje kawalerkę w dobrej lokalizacji za 200 tys. zł, na kredyt na 30 lat. Jeśli podatki i koszty życia pochłaniają 2000zł, a rata kredytu to 1100zł, jak najlepiej ta osoba ma użyć pozostałych 900zł? Konserwatywny Polak być może zechce szybciej spłacać kredyt. Adept szkoły Bogatego ojca uzna to za przejaw analfabetyzmu finansowego. Ja natomiast, w żadnym wypadku.

Jeśli całość nadwyżek zainwestuje w mieszkanie w którym mieszka, kredyt zostanie spłacony w 11 lat. Sytuacja tej osoby skokowo się poprawia - przepływ z pensji rośnie do 2000zł miesięcznie wolnych środków, do tego może (jeśli chce) dodać 600zł-700zł przepływu z mieszkania w którym mieszka, za pomocą mechanizmu odwróconej hipoteki lub innej "sprzedaży na raty" tego aktywa, dobierając ratę tak aby okres był dłuższy niż do końca życia tej osoby.

Dlaczego plan wypalił? Bo mieszkania w których mieszkamy to aktywa. Choć daleki jestem od twierdzenia że ww. plan jest optymalny (w końcu jest to inwestowanie w nieruchomości, które w żadnym razie nie dorównują inwestycjom w biznesy), to jest on zdecydowanie bardziej sensowny od wdrażania w życie ryzykownych teorii Kiyosakiego. Siła inwestycji we własne mieszkanie nie tkwi w stopie zwrotu, ale w braku podatków (inwestując w mieszkanie w którym mieszkasz, płacisz sobie za wynajem a nie komuś - dzięki temu że ta zapłata jest wirutalna, nie ma od niej podatku) oraz w niższych kosztach (nie ponosisz kosztów zarządzania drugą nieruchomością, nie ponosisz ryzyka że najemca nie zapłaci i kosztów windykacji, nie ponosisz kosztów pustostanu).

Błędne rozdzielenie pojęcia bogactwa i zasobności
Kiyosaki zasobnością nazywa to co wielu jego naśladowców nazywa niezależnością finansową. Oddzielają to pojęcie od bogactwa, co jest błędem. W "Bogatym ojcu" napisał:
mam dopływ pieniędzy z kolumny moich aktywów w wysokości 1000 dolarów na miesiąc. Mam też miesięczne rozchody wynoszące 2000 dolarów. Jaka jest moja zasobność? (...) Gdy z moich aktywów osiągnę przepływ pieniędzy wielkości 2000 dolarów miesięcznie, wtedy będę zasobny
Aspirujący do "niezależności finansowej" nie zauważają że pojęcie bogactwa jest tożsame z pojęciem bezpiecznego, znaczącego przepływu finansowego.

Dlaczego wyznawcy "Bogatego ojca" często zdają się tak bardzo nie lubić pojęcia bogactwa? Obawiam się że może chodzić o to, że jeśli powiemy otwarcie że do niezależności finansowej konieczne jest stanie się bogatym, odbiorcy treści uznają to za banał oraz zadanie trudne. Ponadto, działa tu jeszcze bardziej wysublimowany (a może powinienem powiedzieć "perfidny") mechanizm: powiedzenie "musisz być bogaty" uruchamia w umyśle słuchacza skojarzenia z osiąganiem wysokich dochodów, ciężkiej pracy i trudności. Sugestia że nie tyle trzeba być bogatym, co zastosować pewien mechanizm, znany tylko wtajemniczonym, zachęca do dalszej nauki, do zakupu szkoleń, konferencji, do spotkań motywacyjnych itd. Teksty w rodzaju "nie musisz być bogatym, tylko inteligentnym finansowo" są emanacją tej wysublimowanej drogi oddziaływania na słuchacza.

Wśród inwestorów którzy twierdzą że osiągnęli niezależność a dystansują się od dążenia do bogactwa są zasadniczo dwa przypadki:

1. Faktycznie niezależni finansowo, którzy są bogaci, mimo że tego nie wiedzą / nie przyznają
2. Faktycznie niezbyt bogaci, którzy wcale nie są niezależni finansowo, mimo twierdzenia że są

Pierwszy przypadek to osoby które nabyły aktywa (zazwyczaj nieruchomości) w czasie gdy były one tanie i lewarując się kredytami. Ktoś 15 lat temu kupował kawalerki w Warszawie po 80 tys. zł i wynajmował po 900zł miesięcznie, a obecnie opowiada bajki o niezależności finansowej która nie ma nic wspólnego z bogactwem bo przecież wystarczy rzucić bankowi wkład własny 20 tys. zł aby potem z wynajmu spłacać raty i mieć dodani przepływ. Niestety rzeczywistość jest taka, że kupione 15 lat temu mieszkanie było po prostu niedowartościowane, a transakcja bardziej ryzykowna niż obecnie się wszystkim wydaje (typowy "efekt pewności wstecznej"). Mieszkanie dające przepływ 900zł*11=9900zł rocznie przy stopie kapitalizacji 5% jest warte 198 tys. zł, a zatem jak ktoś zapłacił wkład własny 20 tys. zł kupując za cenę 80 tys. zł, to dokładnie w momencie zakupu zarobił 118 tys. zł, czyli +490% od swojego wkładu własnego. Pięć takich mieszkań i w miesiąc można było zostać milionerem. To jest po prostu nieefektywność rynku połączona z silnym lewarowaniem. Jeśli inwestor nie przebadał dokładnie rynku, podejmował również potężne ryzyko, choć pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy.

Natomiast inwestorzy próbujący uzyskać niezależność finansową kupując nieruchomości po wycenie godziwej, są wystawieni na ryzyko którego Kiyosaki nie zauważa. Można kupić mieszkanie za 270 tys. zł, z ratą kredytu na 4% na 30 lat w wysokości 1300zł aby je wynająć za 1400zł miesięcznie. Teoretycznie mamy przepływ 100zł miesięcznie, a zatem wystarczy po prostu kupić 20 takich mieszkań i już jest przepływ 2000zł - jeśli żyjemy skromnie, jesteśmy niezależni finansowo. To niestety iluzja, bo wszelkie przyszłe przepływy są obarczone ryzykiem. Wystarczy choćby wzrost stopy kredytu do 5% i już z przepływu +2000zł robi się przepływ -2000zł. Bankructwo. Taki inwestor nie jest bogaty, ale też nie jest niezależny finansowo, mimo że tak mu się wydaje.

Kiyosaki myli się zalecając po prostu kupno aktywów które generują dodatni przepływ. Prawdziwy guru inwestowania, Benjamin Graham, mówi co innego. Należy kupować aktywa w cenie niższej od ich wartości, niezależnie czy przepływ generują, czy nie.

Przykro mi jeśli kogoś rozczaruję, ale prawda jest okrutna - musisz być bogaty jeśli chcesz być niezależny finansowo. Wiedza jest ważna, ale to nie wszystko. Bądź zatem sceptyczny jeśli spotykasz mentora który mówi że bogactwo nie jest konieczne a jego droga wydaje się łatwa. Droga jest zazwyczaj trudna i pracochłonna albo ryzykowna. Ale pamiętaj że nie musi być to problem, bo bogactwo nie jest tożsame ze szczęściem. Jeśli brakuje Ci szczęścia lub poczucia bezpieczeństwa, nie szukaj go w niezależności finansowej, ale najpierw przyjrzyj się samemu sobie.

Samorozwój przez kooperację
Pogardę wobec "pracy na etacie" jaką prezentuje Kiyosaki uważam za szczególnie szkodliwą dla osób niedoświadczonych. Owszem, jego spojrzenie jest zgodne z powszechnym odbiorem tego czym jest praca na etacie. To znaczy z patologiczną sytuacją w której praca etatowa nie jest rodzajem kooperacji dwóch podmiotów (pracownik - pracodawca) dla wzajemnej korzyści, tylko czymś w rodzaju przywileju bycia pracownikiem.

Ja aktualnie na żadnym etacie nie pracuję, ale zapewne w przyszłości będę i nie widzę w tym nic złego. Gdy spoglądam na oferty pracy, nigdy nie myślę o tym ile będę zarabiał, czy jak bezpiecznie będę się czuł, tylko myślę w jaki sposób firma która może mnie zatrudnić na tym skorzysta. W jaki sposób zbuduję sukces tej firmy. Nie wyobrażam sobie sytuacji w której fakt że ktoś mnie zatrudnił odbieram jako doznanie łaski ze strony pracodawcy. Ja jako pracownik jestem raczej partnerem i pomagam firmie nie mniej niż ona mnie. A zatem ta firma powinna się cieszyć nie mniej niż ja sam że mnie zatrudnia, jeśli tego nie ma, to znaczy że w naszej umowie jest coś nie tak.

Kiyosaki opisuje stosunek pracy jako relację w której toczy się wieczna szarpanina, kto nad kim będzie panował, kto kogo wykorzysta, kto kogo wykiwa. Rzeczywistość ta przypomina to co mamy, np. grupy zawodowe które czują się "równiejsze" od innych obywateli i na strajkowych sztandarach w punkcie pierwszym mają absurdalne hasło "gwarancji zatrudnienia". Jest jednak i inna gospodarka, nowocześniejsza, będąca gospodarką przyszłości. Firmy w których pojęcie "gwarancji zatrudnienia" nie ma sensu, bo ich pracownicy są partnerami i wkład przez nich wnoszony we wspólny sukces sprawia że nikomu nie przyjdzie do głowy pomysł zrywania zatrudnienia.

Taki model powinien być promowany przez kogoś kto chce uchodzić za mentora. Zamiast obrzydzać edukację i pracę na etacie i namawiać ludzi do wchodzenia w MLM, powinno się uświadamiać że własna edukacja ma być nakierowana na to aby inne podmioty w gospodarce czerpały korzyści z naszej aktywności. Niezależnie czy będzie to kooperant czy współpracownik czy pracodawca. A ta trzecia opcja jest najlepszą drogą do zyskania szlifów i edukacji praktycznej.
Edukacja i praca na etacie może być dobra i zła. Etat nie jest zły sam w sobie. Według mnie najlepszą drogą dla startujących osób jest znalezienie ludzi których podziwiamy i od których chcemy się uczyć. A czy nasza kooperacja z nimi będzie miała formę zatrudnienia, czy nie, jest sprawą drugorzędną.

Ryzyko
Na pewno jednak takie osoby nie powinny zaczynać od inwestowania w nieruchomości, a już broń Boże od prób naśladowania Kiyosakiego, którego "przykłady z życia" podane w książce są dosyć księżycowe a zatem - stawiam taką tezę - zmyślone.

Zacytuję fragmenty jednego, mówiącego o tym jak Kiyosaki zarobił 40 tysięcy dolarów nie inwestując nic (czyli stopa zwrotu nieskończenie wysoka) i pracując nad transakcją 5 godzin:
Ekonomia była fatalna. (...) Domy, które kiedyś kosztowały 100.000, teraz były po 75.000. Zamiast jednak szukać w miejscowym biurze nieruchomości, zacząłem szukać w urzędzie rejestrującym bankructwa lub na schodach sądu. W tych miejscach dom za 75.000 mógł być czasem nabyty za 20.000 lub mniej. Pożyczyłem od znajomego 2000 dolarów, na 90 dni, co kosztowało 200 dolarów, i użyłem ich jako zadatku. Podczas, gdy nabycie własności było w toku, dałem ogłoszenie do gazety, ogłaszając dom wart 75.000 dolarów do sprzedaży za 60.000 dolarów, bez konieczności depozytu. Telefon dzwonił bardzo często.(...) Dom sprzedał się w kilka minut. (...) Sprzedałem dom za 60.000 dolarów, który kosztował mnie 20.000. 40.000 dolarów przyrosło w mojej kolumnie aktywów w formie noty zabezpieczającej od kupującego. Czas pracy wynosił pięć godzin.

Nie wiem jak działa komornik i syndyk w Stanach Zjednoczonych, ale zdziwiłbym się widząc kryzys polegający na tym że w Sądzie nie ma chętnych na dom za 20 tysięcy a w tym samym czasie poza murami Sądu ten sam dom jest rozchwytywany za 60 tysięcy. Może to nie był kryzys nieruchomości tylko kryzys frekwencji w Sądach? Ludzie bali się tam wchodzić?

Kupowanie w kryzysie i sprzedaż w rozkwicie to ważna umiejętność i sam często o niej piszę. Ale nauka tej umiejętności wymaga emocjonalnej dyscypliny, ogromnej cierpliwości i silnej pozycji finansowej, a nie pięciogodzinnych akcji z pieniędzmi pożyczonymi od kolegi. Przykład Kiyosakiego nie tylko jest niewiarygodny, ale także jako legenda, nie zawiera najistotniejszych elementów edukacyjnych.

Podsumowując
Polecam czytać Roberta Kiyosakiego nie jako mentora w temacie inwestycji i finansów osobistych, ale bardziej jako literaturę rozrywkową. Poza nierealnymi przykładami, nie widzę w jego nauce jakichś totalnych bzdur, jest raczej niezbyt udane uproszczenie rzeczywistości i spłycanie tematów które nie zawsze są proste.

Jeśli chcecie uczyć się inwestowania, słuchajcie tych którzy więcej inwestują niż uczą, a nie tych którzy więcej uczą niż inwestują. Robert Kiyosaki byłby zapewne świetnym mentorem, ale w temacie jak dorobić się na sprzedaży. Książek, drogich gier i bardzo drogich szkoleń.