Submitted by Maciej Węgorkiewicz on wt., 07/18/2017 - 21:01

Kontekst historyczny

Wpis został przeze mnie opublikowany 17 maja 2014 roku, czyli ponad 3 lata temu. W tym roku była zatem rocznica trzynasta i mam nadzieję, że nie będzie to rok pechowy ;)

Kolejny wpis z tego cyklu zapewne w 2024.

Taka sobie mała okrągła rocznica

Jakiś tydzień temu ktoś kto chce poznać tajniki giełdowej wiedzy i mojego doświadczenia zadał mi pytanie na temat początków mojej "kariery". Gdy zacząłem grzebać w historii okazało się że 17 maja mam okrągłą uroczystą rocznicę.

Otóż w dniu 17 maja 2004 roku, czyli dokładnie 10 lat temu, zawarłem swoją pierwszą transakcję na giełdzie papierów wartościowych. Był to zakup akcji Grupy Onet, obecnie już na rynku nie notowanej, za pośrednictwem biura maklerskiego które w tej chwili też już nie funkcjonuje :)

Na uroczyste świętowanie jakoś nie mam ochoty, zdając sobie sprawę że wcale nie jestem na końcu drogi w kontekście zdobywania wiedzy i doświadczenia - i niestety nie jest to raczej fałszywa skromność ani nadmierne dążenie do perfekcji. Imprezy zatem nie będzie, ale jest kilka historycznych refleksji.

Moja przygoda z inwestycjami w equity mogła zacząć się znacznie wcześniej. Już w połowie lat dziewięćdziesiątych kupowałem obligacje Skarbu Państwa które były wówczas świetną inwestycją (z uwagi na młodość polskiego rynku i brak zaufania zagranicy inwestycja taka była wspomagana wieloma zachętami, m.in. podatkowymi!), przed akcjami broniłem się jednak bardzo długo. Zakładałem po prostu z góry, że - cytując klasyka - "giełda do kasyno". To miejsce gdzie "rekiny" ogołacają "leszczy" mając dostęp do niejawnych informacji, do firm itd. Że jest to miejsce gdzie zwykły szarak nie ma żadnych szans.
Myliłem się i wiedza którą potem zdobyłem (poparta doświadczeniem) pokazała że nie jest to prawdą. Szkoda że tak późno, bo miałbym teraz doświadczenie dużo większe. Z drugiej strony są tacy którzy w tym błędzie tkwią nadal. W marcu 2009 roku dyskutowałem na forum, przekonując że był dobry czas na inwestycje w akcje i spotkałem się z tego typu wpisem:
A ja odradzam. Mój przyjaciel, który latami grał na giełdzie, powiada, że aby stamtąd przynieść pieniądze, a nie je zostawić, trzeba mieć albo dostęp do informacji niejawnych, albo piekielnego farta. W innych przypadkach masz jedną na sto szansę, że wyjdziesz na plus w dłuższym okresie.

A tutaj zupełnie współczesna wersja: https://youtu.be/AvUl-kJpyrU?t=3m12s

Powtarzam: nie jest to prawdą a wiara w spiskową teorię dziejów jest szkodliwa dla Waszych pieniędzy tak jak okazała się szkodliwa dla moich. Giełda nie jest kasynem (choć odpowiednio postępując można z niej kasyno zrobić), nie jest też oparta na spiskach, tajnych źródłach informacji i oszustwach (choć te elementy na niej naturalnie również występują). Giełda jest miejscem inwestycji a nie spekulacji.

Pierwsza analiza

Swoje pierwsze akcje wytypowałem wyłącznie na podstawie kryteriów jakościowych, nie finansowych, jako że brakowało mi wiedzy do analizy finansowej. Grupa Onet to przedstawiciel branży która najpierw przeszła bańkę spekulacyjną ("bańka dotComów") napędzaną wiarą że rozwój internetu jest nieograniczony więc ceny akcji internetowych mogą być nieograniczone, a następnie krach napędzany wiarą że skoro księgowo portale nie mają zysków ani "realnego" majątku to są warte zero.
Wiedziałem że zarówno pierwsza jak i druga teza jest równie bezsensowna. Grupy lojalnych użytkowników portalu i marka są jak najbardziej realnym majątkiem. Przyszyły rozwój reklamy internetowej wydawał się fascynujący (pociągała mnie perspektywa targetowania reklamy, personalizacji oraz integracji mediów internetowych z telewizyjnymi). Uznałem że skoro wszyscy wierzą że portale są bezwartościowe, należy zainwestować w portal. Na GPW miałem do wyboru 3 opcje: Grupa Onet, Interia, MCI. MCI jako opcję najbardziej ryzykowną bo była to inwestycja pośrednia w Wirtualną Polskę co do której MCI podejmowała starania akwizycji.

Sprawdziłem oglądalności Onet vs Interia i była ona większa bodaj dwukrotnie (albo czterokrotnie, nie jestem po tylu latach pewny) i co ciekawe, różnica kapitalizacji obu spółek była równa różnicy w oglądalności. Uznałem że rynek nie docenia faktu że Onet jest w grupie ITI a więc może mieć wsparcie TVN i prostą drogę do integracji. Interia wypadała słabiej mając wtedy współpracę z radiem RMF. Byłem przekonany że kanały rozrywki się zintegrują i za 10 lat normą będzie "telewizja interaktywna" (to się nie sprawdziło, choć w pewnym sensie takim czymś jest telewizja hybrydowa, nadal oczekuję tu ciekawych kierunków rozwoju, nie wierzę że zapaleni oglądacze telenoweli nie chcieliby mieć przycisku którym mogą wpływać na akcję na ekranie :-] - taka mała podpowiedź dla firm medialnych).

Po takiej prostej analizie nabyłem Onet płacąc niecałe 45zł za jedną akcję. Kurs był już w trendzie wzrostowym a firma chyba nadal nie miała zysku (lub miała marny).

Minimalna dywersyfikacja jest zazwyczaj dobra, wybrałem więc drugą firmę z innej branży. Na ten wybór wpływ miały ciągle żywe elementy wiary w "giełdę jako jaskinię hazardu pełną oszustów". Zyski w księgach mogą być kłamstwem, ale na pewno kłamstwem nie jest dywidenda w postaci gotówki na Twoim koncie. To bardzo ograniczało zakres zainteresowania, bo ówcześnie dywidend na GPW nie płacił prawie nikt. Wybrałem firmę Jutrzenka. Płaciła dywidendę, a sektor spożywczy uważałem za nieodkrytą polską perłę na świecie. Liczyłem na to że Jutrzenka będzie w stanie eksportować coraz więcej do UE. Za akcje Jutrzenki płaciłem niecałe 33zł.

Mijają miesiące a ja nie mogę doczekać się strat

Było dla mnie oczywiste że jestem szarym leszczem i moja kariera powinna zacząć się od otrzymania potężnych batów od grubych ryb na giełdzie. Wyobrażałem sobie że poniosę straty które zmotywują mnie do nauki i nabrania doświadczenia które będzie cenne albo do tego że dam sobie spokój. Tymczasem niespodziewanie zrealizowało się ryzyko i kursy pięły się w górę.

Gdy ktoś mówi Wam że giełda jest ryzykowna, to jest to prawda. Zawsze istnieje ryzyko że niespodziewanie dużo zarobicie. Zawsze coś takiego przychodzi mi na myśl gdy słyszę o "ryzykownych" akcjach i to chyba efekt tych początków mojej drogi.

Pycha

Ego to niezwykle silny mechanizm. Z tego co pamiętam nie uchroniłem się od wiary, że to chyba nie takie trudne, skoro wszedłem w akcje i zarabiam. Zaczęło robić się przyjemnie, pojawiła się zachęta do kolejnych inwestycji i do pouczania innych. Jednak nie dałem się zgubić tej emocji.
Od dziecka trenuję w sobie racjonalne myślenie i nie boję się samooceny. Lekiem na wiele kwestii, w tym złość, gniew czy pychę jest umiejętność stanięcia obok siebie, wcielenia się w zewnętrznego obserwatora i w ten sposób danie przewagi racjonalności nad emocją.

Udało mi się uniknąć pychy. Oceniłem że mój sukces jest niezasłużony, że moja wiedza jest niewielka i że w emocji entuzjazmu nie mogę kontynuować swojej przygody z giełdą. W pierwszej połowie 2005 roku sprzedałem wszystkie posiadane papiery i całkowicie się wycofałem. Postanowiłem nie wracać dopóki nie zdobędę odpowiedniej wiedzy na temat inwestowania. Zanurzyłem się w książki.

Za akcję Onet dostałem prawie 69zł, potem kurs nadal szedł w górę aż w końcu spółka została zdjęta z giełdy, przejmujący (ITI albo TVN już nie pamiętam) zapłacił bodajże w okolicach 120zł za akcję.
Za akcję Jutrzenki dostałem prawie 43zł, z tego co pamiętam dosłownie kilka dni potem kurs wystrzelił mocno w górę, także mogę żałować że trochę nie poczekałem :) Mogę, ale nie żałuję.
Jutrzenka nadal jest na giełdzie, spółka zmieniła nazwę na Colian. Akcje zostały podzielone 1:20, więc stare akcje miałbym szanse obecnie sprzedawać po 65zł. Przez 10 lat kurs wzrósł zatem o 97%, czyli rósł 7% średniorocznie, bez uwzględnienia dywidend. Nie tak źle.

Ogólnie zysk mój wyniósł około 50% w niecały rok, co jest wynikiem fantastycznym, rzadko spotykanym. No cóż, akcje są ryzykowne i zachowują się czasem w nieprzewidziany sposób.

Buy & hold

Wielokrotnie podkreślałem na moim blogu, że strategia "kup i trzymaj" jest zdrową i bardzo dobrą strategią inwestycyjną. Wielokrotnie dlatego, że większość rynku i tzw. "ekspertów" głosi(ła) zupełnie przeciwny pogląd.

Kiedyś o tym myślałem: jak może być sensowne buy&hold skoro większość akcji na których startowała giełda amerykańska w ogóle już nie istnieje? Moje 10 lat pokazuje jaka jest prawda: to że akcje nie istnieją nie oznacza że buy&hold przynosi straty. Co by było gdybym "zapomniał" o akcjach kupionych w 2004 roku? Jutrzenkę mógłbym sprzedać z dwukrotną przebitką, po każdej akcji Onetu zostałoby mi 120zł na koncie (przymusowy wykup) - zysk prawie trzykrotny. Co z tego że nawet biuro maklerskie się "zwinęło" - zostało przejęte przez inne, gdzie obecnie miałbym rachunek.

Słuchajcie: "kup i trzymaj" działa. Jestem gotów debatować na ten temat.

Prawdziwy początek

I co dalej? Dalej zrobiłem to co należy. Znalazłem mentorów (których co prawda poznałem głównie przez słowo pisane, z niewielkimi wyjątkami). Odpowiednich mentorów, to do mnie należało oddzielić ziarno od plew. To ziarno, to analiza fundamentalna i szkoła value investing.

Po tygodniach czytania, studiowania, dowiadywania się, wróciłem na rynek w 2006 roku i jestem tam do dnia dzisiejszego. Mam przed sobą jeszcze tyle nauki, że czasem mam wrażenie że prawdziwy początek ciągle trwa. Choć tutaj jednak trochę przesadzam :)

Zapraszam Was do towarzystwa w mojej dalszej podróży.